Nieodpartą chęć odwiedzenia Genui poczułem po obejrzeniu filmu „Genua. Włoskie Lato”. Mniejsza o fabułę, mniejsza o grającego główną rolę Colina Firtha, dla mnie głównym bohaterem filmu okazało się miasto. Wąski uliczki portowego miasta zwane caruggi, podmiejska zatoczka Boccadasse ze schodzącymi do morza budynkami – taką miałem po obejrzeniu filmu wizję Genui.
Kiedy jednak przed wyjazdem poczytałem trochę o mieście, zacząłem mieć wątpliwości czy w ogóle warto tam jechać. Jedni pisali, że miasto jest męczące (potwierdzam) i nieciekawe (nie potwierdzam). Inni skupiali się głównie na wizycie w tamtejszym akwarium. Ja, po odwiedzeniu dwóch oceanariów, tego typu rozrywki uznałem za zaliczone. No i problemy z parkowaniem, o tym też trochę się nasłuchałem (i niestety potwierdzam).
Portowe okolice w Genui
Ostatecznie uznałem, że odwiedzając Ligurię muszę też zobaczyć stolicę tego regionu. I zdecydowanie nie żałuję. Okazało się bowiem, że caruggi to niejedyna atrakcja miasta. Chociaż jeśli macie słabość do starej zabudowy i ciasnych zakamarków, to warto powałęsać się po średniowiecznej części miasta, nieopodal portu. Trzeba się jednak liczyć z tym, że atmosfera nie jest tak sielankowa, a obrazki tak malownicze jak w małych liguryjskich miasteczkach.
Jest trochę brudno, ściany pomazane w stylu raczej mało street artowym (chociaż pewnie niejeden wandal ma się za artystę), a znudzone panie parające się najstarszym zawodem świata czekają na klientów przy Via della Maddalena. Nie można powiedzieć, żeby było niebezpiecznie (jak straszy przewodnik), miejscami jest po prostu niezbyt przyjaźnie.
Ale to tylko niewielki kawałek miasta. Wystarczy wyjść na Piazza de Ferrari i znajdziecie się w centrum typowego, spieszącego się miasta. Chociaż rzecz jasna dekoracje są bardziej widowiskowe niż w takiej, dajmy na to, Bydgoszczy. Szlachetne fasady wiekowych budynków, fontanny, panorama miasta położonego na wzgórzach. Ładnie, chociaż przyznaję, że dość męcząco. Samochód lepiej odstawić na jeden z parkingów, bo ruch jest dość nerwowy, przemierzanie miasta na piechotę daje trochę w kość, bo i odległości spore.
Pesto Genovese z ziemniakami
W ramach odpoczynku wpadniecie z pewnością na pomysł spróbowania genueńskiego specjału, czyli pesto genovese. Pesto jak pesto, nieskromnie powiem, że w domu robię lepsze. Jeśli macie świeżą bazylię i mikser, doprawdy trudno to zepsuć. Ale makaron z ziemniakami i pesto faktycznie pierwszy raz jadłem właśnie tam. A pewnie i ostatni.
Zabytkowa Genua stoi pałacami
Dla mnie największą atrakcją w Genui są pałace. Renesansowe, barokowe, w stylo Rokoko (przepraszam, Roko koko rzecz jasna). Duża część z nich znajduje się przy Via Garibaldi, większość z nich jest normalnie użytkowana, mieszczą siedziby firm, uniwersytetu czy miejskich instytucji. Z tego miejsca pragnę pozdrowić mój bank, cieszę się, że dzięki mojej comiesięcznej racie stać was na pałac w przyjemnym miejscu. Czułem się prawie jak u siebie, ale ochrona była innego zdania.
Przy całej mojej sympatii do naściennej twórczości, w Genui sporo jest zwykłego sprejowego barbarzyństwa, pomazany barokowy pałac to nie jest sztuka. Chociaż wpisuje się to trochę w klimat miasta, Genua ma momentami rys menelski. Żadna artystyczna bohema, raczej bałagan i mocz w bramie.
Niektóre pałace można zwiedzić metodą partyzancką, po prostu udajecie genueńskiego petenta, albo studenta. Nadal jednak polecam wysupłać kilka euro na bilet i zwiedzić dokładniej przynajmniej jeden z pałaców. Palazzo Reale przy via Balbi to bardzo dobry wybór. Urzekł mnie szczególnie pięknie zakomponowany kranik wprost w obok zawijasa z epoki. Świetny jest też taras z widokiem na portowe żurawie Genui.
Genua w jeden dzień
Dla mnie jeden dzień w Genui to akurat, wolałem wrócić do klimatu liguryjskich miast mniejszego formatu. Ale pewnie i następnego dnia nie będziecie się tu nudzić. W filmie Colin Firth spędził sympatyczne popołudnie w Boccadasse, ja już nie miałem na to siły. Ale wpiszcie tę nazwę w googla, będziecie chcieli tam pojechać.
Po takich wnioskach urlopowych odechciewa się jechać. Jakieś to takie nijakie, bez entuzjazmu, ciekawych poleceń, doświadczeń…
Wyjazdologia nigdy nie była blogiem entuzjastycznym, tu pełna zgoda. Zachęcam do poszukiwań, blogosfera jest przebogata, z pewnością uda się odnaleźć coś bliższego Twojej wrażliwości.